Życie zamknięte w schemacie podróż do pracy-praca-powrót do domu-pomaganie rodzicom na farmie. Mieszkasz na dalekich przedmieściach Seulu i do pracy dojeżdżasz po kilka godzin, kiedy znaleźć czas na życie, miłość i marzenia? Jak w tym zmęczeniu i powolnej rezygnacji zauważać małe codzienne cuda, jak doceniać rzeczy lub osoby, których ciągła obecność stała się niemal jak szum w tle? Gdy żyjesz z dnia na dzień, kiedy mieć czas na - no właśnie - życie? Jak odnaleźć sens i swój cel?
Serial opowiada o trójce rodzeństwa, z których każde miało swoje marzenia: wyrwać się z miasteczka (właściwie to wioseczki), wyjechać do Seulu, znaleźć dobrą pracę i miłość. Tymczasem lata mijają, wymarzona praca staje się koszmarem, a mniejsze i większe potknięcia urastają do rangi miecza Damoklesa, a lekarstwem na to wydaje się być odjazdowy samochód i kupa forsy oraz jak najszybsze wyjście za mąż. Do tego w pracy upierdliwa kadrowa każe ci się zapisać do jakiegoś klubu, bo taka jest polityka miejsca pracy, musisz i koniec - i nikogo nie obchodzi to, że ty po prostu nie masz ochoty, sił i głupiego czasu (bo dojazdy) na jakieś równie głupie kluby karaoke, tenisa czy innych, a szef czepia się ciebie coraz bardziej i bardziej... pod naciskami kadrowej wymyślasz z głupia wraz z dwójką nieznajomych z pracy klub Wyzwolenia - który z dnia na dzień staje się swoistą terapią i drogą do zmiany siebie.
Więcej już nie będę spojlerować

Serial jest powolny (jak ciągnące się ślimaczo dni zimą), emocjonalny i do bólu życiowy; nie wszystkim się spodoba, mam tego świadomość - mnie wciągnął od pierwszego odcinka i choć oglądałam go jakiś czas temu, wciąż o nim myślę.